Steins;Gate, czyli manipulacje czasem to nie zabawa
Podróże w czasie w grach? Przenosimy się do przeszłości,
robimy co trzeba, wracamy i zostajemy uznani za bohaterów. Czasem napotkamy
jakieś przeszkody, coś się po drodze nie uda, komuś się nawet umrze, ale w
ostatecznym rozrachunku prawie zawsze odnosimy zwycięstwo. Mało który
przedstawiciel elektronicznej rozgrywki zagląda do głowy owych wędrowców, by
pokazać jak przeskakiwanie z jednego punktu osi czasu na drugi mogłoby wpłynąć
na psychikę człowieka. Jednym z nich jest Steins;Gate.
Bohaterem gry jest Rintaro „Okarin” Okabe, podchodzący pod
dwudziestkę student jednego z tokijskich uniwersytetów. Po jego zachowaniu
trudno by się było jednak tego domyślić – Rintaro chodzi wszędzie w białym
kitlu, śmieje się maniakalnie w losowych momentach i wygłasza kwieciste mowy w
kierunku swojego (wyłączonego) telefonu komórkowego, udając, że rozmawia z
innym członkiem ruchu próbującego uciec przed tajemniczą organizacją planującą
przejąć kontrolę nad światem.
Na co dzień, prócz studiowania, Okarin przesiaduje głównie w swoim „laboratorium”.
Ująłem to słowo w cudzysłowie, bo jest to określenie zdecydowanie na wyrost –
wynalazki Okabe stworzone we współpracy z Daru, otyłym maniakiem komputerów i
gier erotycznych, są równie funkcjonalne co płuca palacza z czterdziestoletnim
stażem. Trio uzupełnia Mayuri, młodsza przyjaciółka protagonisty, sprawiająca
wrażenie lekko niedorozwiniętej (przepraszam, Mayuri), a przynajmniej porządnie
roztrzepanej. Nie mając pojęcia o technikaliach, dziewczyna zajmuje się głównie
szyciem kostiumów cosplayowych i towarzyszeniem Okabe, który uważa ją za
swojego zakładnika.
Po skleceniu kilku wyjątkowo niepotrzebnych światu utensyliów,
takich jak „Bit Particle Cannon” (pilot do telewizora umieszczony wewnątrz
zabawkowego pistoletu) czy „Would it be, ORA ORA!?!?” (wykrywacz kłamstw
rzekomo działający na podstawie badania potu z kciuka przesłuchiwanego), ekipa
wpada na ciekawy trop. Podczas eksperymentów z kuchenką mikrofalową Rintaro i
Daru spostrzegają, że włożone do urządzenia banany, haniebnie podkradnięte
Mayuri, zamieniają się w bliżej niezidentyfikowany żel. Co dziwniejsze, owoce
niekoniecznie pozostają w sprzęcie AGD – niektóre z nich wracają do kiści
pozostawionej na stole.
Kolejnym zaskoczeniem dla Okabe jest spotkanie podczas
seminarium naukowego Kurisu Makise, studentki jednego z renomowanych amerykańskich
uniwersytetów, przebywającej obecnie w rodzimym kraju. Nie byłoby w tym nic
podejrzanego, gdyby nie to, że kilka godzin wcześniej Okabe… widział jej zwłoki
leżące w kałuży krwi w ciemnym zaułku budynku uczelni. To właśnie niedługo
potem, wysyłając SMS-a do Daru, Rintaro po raz pierwszy doświadcza uczucia
oderwania od rzeczywistości, gdy nagle znajduje się samotny na gwarnej jeszcze
przed momentem głównej ulicy Akihabary.
Kurisu, zaciekawiona eksperymentami Okabe, odnajduje jego pracownię
i postanawia pomóc w wyjaśnieniu fenomenu żelbananów, jak ochrzcili
zdeformowane owoce członkowie laboratorium. Z pomocą genialnej pani naukowiec
zespół odkrywa, że jakimś cudem mikrofalówka z wyrwanymi drzwiami stała się
swego rodzaju machiną czasu – za jej pomocą można wysyłać do przeszłości
krótkie wiadomości tekstowe. Jeśli ich odbiorca zastosuje się do otrzymanych w
SMS-ie wskazówek, przyszłość może się zmienić. Okabe nierozważnie pozwala
wysłać swoim znajomym kilka D-Maili, które odnoszą spodziewany skutek. Wszystko
zdaje się przebiegać po jego myśli… aż do tego dnia. Tego feralnego dnia.
Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale był on konieczny.
Poza tym, jeśli zdecydujecie się na zapoznanie się ze Steins;Gate, czy to w formie gry, czy anime (polecam tę pierwszą
opcję, a czemu – o tym dalej), zostaniecie potraktowani podobnie. Tylko zamiast
kilku minut czeka na Was kilka godzin czytania. Steins;Gate to bowiem powieść wizualna – interakcja ogranicza się
tu właściwie do przewijania kolejnych ramek z tekstem i okazjonalnej interakcji
ze smartfonem, za pomocą którego odbieramy i wysyłamy wiadomości tekstowe oraz nawiązujemy połączenia. Jeśli właśnie straciliście rezon, uspokajam – dla mnie to również
pierwsza tego typu gra. Co prawda mam za sobą chociażby Ace Attorneya czy To The Moon,
ale w tym pierwszym podczas rozpraw gracz całkiem często ma okazję do reakcji, a w tej
drugiej pozycji możemy poruszać się postaciami. Jeśli jednak macie czasem w rękach
takie zamknięte w okładce zadrukowane strony i nie boli was głowa od ich przeglądania, to nic wam nie grozi.
Wracając do głównego wątku tego tekstu – po kilku godzinach
zapoznawania się z bohaterami pozycji następuje ten feralny dzień. Oczywiście
nie zdradzę wam, co się wtedy stało. I tak mam wrażenie, że napisałem już zbyt
wiele. Ten jeden wieczór powoduje jednak, że życie Okarina zmienia się o 180
stopni. Nie ma już miejsca na teatralne przemowy – Rintaro musi odrzucić swój
wizerunek szalonego naukowca i zacząć działać. Musi dorosnąć i wziąć
odpowiedzialność za swoje czyny.
Podróże w czasie okazują się być nie przygodą, a męką. Za
każdym razem, gdy Okabe ląduje w przeszłości, jest wyizolowany – jak tu
powiedzieć przyjaciołom, że właśnie przybyło się z nieodległej przyszłości i
wie się, co stanie się w najbliższym czasie? A jakoś trzeba to zrobić, bo bez
kooperacji z innymi członkami laboratorium Okarin nie jest w stanie zmienić
niepożądanej kolei rzeczy.
Nawet gdy Rintaro udaje się przekonać innych, że faktycznie
jest podróżnikiem w czasie, nie oznacza to automatycznie, iż jego problemy zostają rozwiązane. Okabe doznaje porażki za porażką, co odciska się na jego
psychice. Dodatkowo by dopiąć celu musi działać egoistycznie, przedkładając
swój cel nad szczęście przyjaciół.
Albo i nie – i tu na wierzch wypływa wspomniana przeze mnie
wcześniej przewaga gry nad serialem animowanym. W kilku momentach możemy
zaniechać dalszych prób, próbując ułożyć sobie życie w inny sposób. Wadą
takiego rozwiązania jest sięgnięcie przez twórców do motywu znanego z typowych visual
nowelek, tych, które stanowią prawdopodobnie większość gatunku – z jakiegoś
powodu Okabe, choć do amanta mu daleko, a jego sposób bycia jest niezwykle
irytujący, jest w stanie stworzyć romantyczną relację z niemal każdą z bliżej
znanych mu niewiast. Cóż, trudno porzucić gatunkowy rodowód.
Gra posiada więc kilka zakończeń, przy czym każde prócz
prawdziwego jest zupełnie niesatysfakcjonujące, co zachęca grającego do
poszukiwania drogi do właściwej konkluzji opowieści. Szkoda tylko, że
prawdopodobnie skończy się to wertowaniem Internetu, gdyż do sukcesu konieczne
jest odpowiedzenie prawidłowo na kilka SMS-ów, czego domyślić się samemu
właściwie nie sposób. Zdecydowanie warto jednak spróbować, gdyż „true ending”
to satysfakcjonujące zwieńczenie cierpienia Okarina, a podczas jego czytania
gra otoczyła mnie z każdej strony kucharzami krojącymi ogromne ilości cebuli.
Tak to właśnie jest z tym Steins;Gatem – pomimo dziesiątek opisów odwołujących się zarówno do
prawdziwej nauki (o budowie mózgu dowiedziałem się tutaj więcej niż na lekcjach
biologii, co nie świadczy najlepiej o moich nauczycielach tego przedmiotu), jak
i tej zupełnie zmyślonej (czyta się to jak artykuły w stylu „30 argumentów za
płaską Ziemią” – bzdurne to straszliwie, ale jednak ciekawe), jest to opowieść,
która manipulowała moimi emocjami tak, jak Okabe manipuluje czasem. Nie jest to
twarde science-fiction – naukowy bełkot, choć czasami zgodny z obecnym stanem
wiedzy, jest tu raczej podłożem niż sednem historii. Ale to dobrze, bo dzięki
temu jest to fabuła, z którą zapoznać może się właściwie każdy.
Także ten,
EL
PSY
KONGROO
PS. Być może w przeciągu kilku miesięcy nadejdzie być może
najciekawsza okazja do zaznajomienia się ze Steins;Gatem.
Właśnie potwierdzono, że jeszcze w tym roku na PC, PS4 i Switchu pojawi się przywołujące
na myśl całkiem popularne w latach 90. gry FMV Steins;Gate Elite – zamiast statycznych teł gra będzie wyposażona w
materiał stworzony na potrzeby anime, uzupełniony nowym,
obejmującym wątki obecne do tej pory tylko w grze. A jeszcze w kwietniu w
formie animacji zobaczymy Steins;Gate 0,
sequel/spin-off, o którym mam nadzieję napisać niebawem kilka tysięcy znaków.




Komentarze
Prześlij komentarz