Pokemonowe przemyślenia bez prądu
Któregoś dnia jakiś czas temu wyłączyli mi prąd. Nie że nie płaciłem rachunków – wszystkim w okolicy wyłączyli, bo chcieli powycinać niesforne gałęzie wrastające w linie energetyczne. Niby zapowiadali, niby pamiętałem, ale jednak zapomniałem.
Brak prądu przez kilka
godzin to tak rzadka sytuacja, że właściwie nie wiem, za co się zabrać. Popracować
w super elastycznej godzinowo pracy zdalnej nie mogę, bo nawet jeśli bateria w
laptopie jest naładowana, to router bez prądu nie działa, więc Internetu niet.
Zagrać kilka meczyków w PES-ie na Plejstejszyn czy Xboksie też nie mogę, bo
konsole stacjonarne bez fazy w gniazdku też jakoś nie chcą się włączyć. Switch?
Niby tak… pod warunkiem, że jest naładowany. A że przez dłuższą chwilę na nim
nie grałem, to bateria zdążyła wyzionąć ducha – w końcu bardzo lubi to robić,
gdy nie patrzę. No to może coś poczytam… ale że co, czytanie na papierze? W
trzeciej dekadzie XXI wieku? No dobra, czasami mi się zdarza, chociaż mózg
zniszczony przez sieć doskonale się przed tym broni. Ale, ale – wyłącznie
wtedy, gdy sobie to wcześniej zaplanuję, więc nic z tego.
Siedzę więc tak pod kołdrą – ogrzewanie też mam na prąd – i siedzę, aż w pewnym momencie przychodzi olśnienie: przecież w szufladzie leży 3DS! Po chwili tryumfu nadchodzi jednak fala zwątpienia – 3DS-a nie używałem jeszcze dłużej niż Switcha, więc pewnie nie ma baterii… ale co szkodzi sprawdzić. Okazało się, że jak zostawiłem go z pełnym bakiem te kilka czy kilkanaście tygodni temu, tak nadal ten pełny bak ma. „Kiedyś to były baterie w konsolach przenośnych, teraz to nie ma” – pomyślałem i przytrzymałem przycisk. Przywitał mnie motyw z Metroid: Samus Returns, ostatniej gry, którą przeszedłem na tej konsoli, a było to mniej więcej rok temu.
No dobra, wszystko fajnie, tylko w co tu zagrać? Nie opłaca się zaczynać niczego nowego, bo przecież za kilka godzin znów będzie prąd, a jak już będzie, to 3DS ponownie – zupełnie niezasłużenie, ale tak będzie, taka już kolej rzeczy – pójdzie w odstawkę. Zastanawiam się więc, czy mam w którejś grze sejwa. Przeglądam kafelki w menu. Etrian Odyssey IV już przeszedłem. W Personę Q grać mi się nie chce, bo słuchać przekomarzań Akihiko i Shinjiego mam już serdecznie dość. Pokemon Crystal. Hmmm. Daaawno temu zacząłem, bo do tej pory jakoś mnie ominęło, ale po kilku godzinach mi przeszło i zabrałem się za coś innego (żeby nie było, to w Goldzie, setki lat temu na Game Boyu Colorze, nabiłem setki godzin). Nie ma się co dłużej namyślać – odpalam.
Jestem w Azalea Town, tuż przed drugim Gymem, ale już po uratowaniu Slowpoke’ów przed zakusami Team Rocket. Faktycznie niezbyt daleko. Szybko kojarzę, że jeśli pójdę parę kroków w lewo, do przejścia do Ilex Forest, zaatakuje mnie rywal. Patrzę, czy moje Poksy są wyleczone. Są, więc czynię swoją powinność. Silver ma Gastly’ego, Zubata i Cyndaquila. Zalewam je Water Gunem Poliwaga i zadziobuję Hoothootem. Nie grindowałem wcześniej jakoś przesadnie, więc starcie sprawia mi nawet pewne problemy, ale zwyciężam. Rywal po przegranej jak zwykle jest dla mnie niemiły, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić.
Gram dalej. Pokonuję Bugsy’ego, drugiego lidera, zadziobując mu Scythera. Zapędzam w kozi ruch Farfetch’da z Ilex Forest, co zajmuje mi trochę czasu, bo zapomniałem, jak to się robiło. Przebijam się do Goldenrod City, pokonując po drodze hordę dzikich Weedle’ów i Kakun oraz kilku trenerów, wbijając kilka poziomów na kompletnie bezużytecznym Pineco oraz Togepim, który w międzyczasie zdążył wykluć się z jajka i rozwala kolejnych przeciwników Headbuttem oraz losowymi atakami z Metronome.
Nadchodzi refleksja. Czemu
chce mi się grać w stareńką drugą generację, a kilka miesięcy wcześniej nie
miałem na tyle samozaparcia, żeby przejść dosłownie 3-godzinną fabułkę z Crown
Tundra, drugiego DLC do Sword & Shield? Czemu chce mi się walić głową w
drzewa w poszukiwaniu wspomnianego Pineco – kompletnie bezużytecznego Pokemona,
którego najlepszym atakiem przez długi czas jest Selfdestruct (potem, jak
wyczytuję na niezawodnej Bulbapedii, już po ewolucji w Foretressa, jest nim Explosion,
czyli właściwie to samo, ale mocniej) – a w najnowszej odsłonie serii zupełnie nie
mam ochoty uganiać się za nowym triem legendarnych ptaków i zwiedzać nowych
lokacji? Czy to tylko nostalgia, a może jednak coś więcej?
Chyba jednak coś więcej. Już
kilka lat temu, zapewne nie jako jedyny, doszedłem do wniosku, że rozwój
technologiczny nie służy Game Freakowi. Konsole przenośne, o niewielkiej mocy w
porównaniu ze stacjonarkami, od zawsze były ich strefą komfortu. Nikomu nie
trzeba było się tłumaczyć, że grafika jest umowna, animacje są uproszczone, a
niektórych rzeczy zrobić się po prostu nie da – dla każdego było oczywiste, że gry na
konsolach przenośnych takie są. Nikt o zdrowych zmysłach nie porównywał gier na
handheldy z grami na stacjonarki. To były dwa zupełnie inne światy. Pokemony dostawały
lepsze i gorsze odsłony, ale trudno było uznać którąś za ewidentnie słabą.
Pierwszym zwiastunem
problemów Game Freaku z nieumiejętnością wykorzystania większej mocy
obliczeniowej handheldów były 3DS-owe odsłony serii. Poksy przestały wyglądać
jak gra ze SNES-a – zaczęły przypominać raczej trójwymiarowe pozycje sprzed
kilkunastu lat. Kieszonkowe maszkary i postacie nie były już pikselowymi tworami,
a trójwymiarowymi modelami, na których stworzenie trzeba było poświęcić sporo
czasu, najpierw decydując się na jakiś styl graficzny, a potem zaopatrując w
szereg animacji.
3DS nadal był jednak
klasyczną konsolą przenośną, o mocy znacznie odbiegającej od stacjonarek. Pokemony
nie były najpiękniejszą grą na 3DS-a, ale nie odstawały od średniej. Prawdziwa
katastrofa nadeszła dopiero wraz z premierą Switcha – niby handhelda, którego
można jednak podłączyć do telewizora; niby kuszącego grami ekskluzywnymi od
Nintendo i innych studiów, ale też ze Skyrimem czy Doomem. Gry na Switchu nie
wyglądają już jak coś sprzed 15 lat (chyba że akurat wyglądają), a raczej tak
sprzed 5-8, więc przy ich tworzeniu trzeba się trochę postarać. A Game Freakowi
albo się nie chce, albo nie potrafią, albo – co niestety najbardziej
prawdopodobne – jedno i drugie. Rozpikselowane drzewa, zupa na ziemi, animacje
podebrane z części na 3DS-a czy nadal zaledwie dwa modele dla przedstawicieli
„złego” teamu zaczęły gryźć w oczy.
I tak sobie teraz myślę,
że seria sporo na tym przejściu w trzy wymiary straciła. Grafika w starszych
odsłonach była umowna, więc dużą rolę odgrywała wyobraźnia. W znacznej mierze
to właśnie dzięki temu dawne części Poksów są grami dla każdego. Dziesięcioletni
ja mógł wyobrażać sobie, że postacie wyglądają jak w anime puszczanym na Polsacie,
a dwudziestoparoletni ja może widzieć je takimi, jakimi naprawdę są. Animacje
są z kolei na tyle ograniczone i powtarzalne, że można je spokojnie wyłączyć,
co znacznie przyspiesza rozgrywkę. W nowszych odsłonach nie ma sobie już jednak
czego wyobrażać, bo wszystko podane jest na tacy – postać wygląda tak, jak
wymyślili to sobie deweloperzy. A wymyślili to sobie tak, że wygląda jak w anime
puszczanym na Polsacie. I ja się nie dziwię, że komuś, kto ma już trochę wiosen
na karku, może to nie pasować. Mnie też czasami bolą od tego zęby.
Grafika grafiką, ale o większej
miodności Crystala w porównaniu ze Sword i Shield decydują przede wszystkim
inne rzeczy. Weźmy na tapet lokacje. W niektórych miejscówkach w Johto można
się po prostu zgubić. W takim Mt. Mortar upchano tyle rzeczy, które odkrywa się
na różnych etapach podróży – do pełnego zbadania jaskini potrzeba kilku ruchów
z HM-ów – że zdumiewa mnie to nawet dziś. „Co tam do cholery jest za tym
wodospadem?” – zastanawiałem się jako 10-latek i zastanawiam się teraz, bo już
zapomniałem. Można by wymieniać dalej – kilkupiętrowe Victory Road, Ice Path z
łamigłówkami polegającymi na przesuwaniu głazów czy długaśne Route 45, które
trzeba odwiedzić kilka razy, by zebrać wszystkie przedmioty i pokonać wszystkich
trenerów. W Sword i Shield nie ma ani jednej takiej lokacji jak Mt. Mortar. Właściwie
to nie ma żadnego choć trochę bardziej skomplikowanego dungeona. Routy na
powierzchni również specjalnie nie imponują, chociaż nie ma się co oszukiwać – większość
tych z Crystala też nie jest przesadnie rozbudowana, więc tu akurat mamy remis.
Płaskie Wild Area, będące jedynie namiastką prawdziwego otwartego świata, dodatkowo uwypukla problem słabego level designu.
Kolejna pozycja na liście
– legendy. Nawet dziś, gdy szukam Lugii w przepastnych – przynajmniej jak na
Pokemony – tajemniczych, przez długi czas niedostępnych dla gracza Whirl
Islands, albo wspinam się na dach Tin Tower, gdzie czeka na mnie Ho-oh, odczuwam
do tych Pokemonów swego rodzaju respekt. Czuję, że to naprawdę legendarne stwory,
jedyne w swoim rodzaju, które może posiąść tylko naprawdę silny trener. A w
najnowszych odsłonach? Jednej z legend, będącej pod względem statystyk
najsilniejszym Pokemonem w grze, nie da się nie złapać – po bardzo prostej
walce wystarczy rzucić w nią czymkolwiek, nawet najzwyklejszym Poke Ballem. W grach
ósmej generacji dostępne są również prawie wszystkie legendy z poprzednich
generacji, przez co ich unikalność została kompletnie zdewaluowana. Albo są
rozdawane za darmo, albo siedzą w jakichś innych wymiarach czy co tam bzdurnego
sobie wymyślili w tym Game Freaku, a złapanie ich jest swego rodzaju aktem
łaski. Już lepiej siedzieć w kieszeni dziesięciolatka, niż być uwięzionym na zawsze
w odmętach czasoprzestrzeni. Zrozumiałbym, gdyby mottem serii nadal było „złap
je wszystkie”, ale w Sword i Shield wszystkich Pokemonów złapać się nie da, bo…
trudno powiedzieć czemu.
Idźmy dalej – fabuła. Crystal historią nie stoi. I nic w tym złego. Ot, od czasu do czasu na horyzoncie pojawia się Team Rocket, a my musimy sprawić, by znowu błysnął. To dobra odskocznia od uganiania się za kolejnymi odznakami, ale nie przysłania wędrówki po tytuł najlepszego trenera. Tymczasem sposób prowadzenia historii w Sword i Shield to zupełna nowinka w świecie gier wideo. Przez większość gry fabuła dzieje się obok gracza – postacie niezależnie dosłownie mówią nam, że mamy skupić się na zdobywaniu odznak, a one zajmą się problemem. Do akcji wkraczamy dopiero pod sam koniec, co wydaje się być wyłącznie pretekstem do zdobycia legendarnego Pokemona, a motywacje antagonisty, o ile można go w ogóle tym mianem określić, są kompletnie bezsensowne. Co to w ogóle za pomysł? Kto go zaakceptował?
Wreszcie rywale. Rudzielec
Silver z drugiej generacji nie jest może najlepiej napisaną postacią – właściwie
to został napisany dopiero w HeartGold i SoulSilver – ale przynajmniej jest
rywalem z krwi i kości. Bierze startera, na którego nasz starter ma słabość, a mimo
kolejnych porażek dalej ma się za nie wiadomo kogo, przez co chce mu się
spuścić kolejne manto. W Sword i Shield rywali jest kilku. Jeden, Hop, jest bratem
czempiona – ubierającego się w losowe części ekwipunku, podobnie jak postać w
Cyberpunku, bo najwyraźniej dają mu najwięcej obrony – którego ubóstwia na tyle,
że musi o nim wspominać podczas każdego spotkania. Drugi, Bede, swoją bezczelnością
przypomina trochę Silvera, a w trakcie gry przechodzi nawet przemianę. Z oboma
mam jednak pewien problem – za dużo gadają, a mi się nie chce tego czytać. Spotykamy
ich znacznie częściej niż Silvera, a potok bezsensownej paplaniny wydobywający
się z ich ust, zwłaszcza Hopa, jest nieprzerwany. Najlepiej wypada trzeci
rywal, a właściwie rywalka, Marnie, która wcale nie jest taka, jak mogłoby
sugerować jej imię. Nie mówi za wiele, ma sensowną motywację i zwyczajnie da
się ją lubić. A co gdyby tak wywalić z gry Hopa i Bede’a, a skupić się bardziej
na Marnie? Można sobie gdybać, bo jednak Hop i Będę w tej grze są i irytują.
Mógłbym tak pewnie jeszcze
trochę i ciut, ciut. Bo przecież Ruins of Alph. Bo Exp. Share, którego w ósmej
generacji już nie ma – doświadczenie jest przydzielane w ogromnych ilościach
wszystkim Pokemonom w drużynie, przez co przed pierwszym Gymem byłem tak
przelevelowany, że musiałem ratować się odesłaniem podstawowej szóstki do komputera.
Bo drugi region, który choć mocno uproszczony względem pierwszej generacji, był
te kilkanaście lat temu ogromnym zaskoczeniem – że jak to, liga pokonana, a tu
kolejne odznaki do zdobycia?
W Pokemon Sword i Shield nigdy nie odczułem czegoś takiego. Schemat rozgrywki, na którym od zawsze oparte są Pokemony, nadal jest dla mnie niezwykle uzależniający, ale coraz trudniej znieść mi wyrachowanie Game Freaku, który spokojnie mógłby zrobić lepszą grę, ale wie, że to, co wypuści w eter, zupełnie wystarczy, by znów pławić się w milionach. Szkoda, że osoby decyzyjne nie zdecydowały się na to, by seria dorastała wraz z odbiorcą – tak jak Ash ciągle ma 10 lat, tak Pokemony wciąż są kierowane do 10-latków (chyba że mówimy akurat o Let’s Go Pikachu i Let’s Go Eevee, które są kierowanie do 5-latków). W 2021 roku świętujemy 25-lecie serii, a ja już nawet nie czekam na to, co w tym roku zaproponuje mi Game Freak. Pewnie będzie to kolejny rimejk zrobiony na kolanie, który zaatakuje nostalgią starych graczy. Cóż, w czwartą generację akurat nigdy nie grałem, więc tym razem nie dam się tak łatwo nabrać. Prędzej poznam ją w oryginale.
Około godziny 13 lampka
czuwania w telewizorze znów zaświeciła się na czerwono. Wraca cywilizacja. To
koniec? Ale przecież ja się tak dobrze bawię! Szybko podejmuję decyzję – walić
już na dziś pracę, walić na jakiś czas internety. Nigdzie nie uciekną. Robię
robaczy Dream Team – to już postanowione. Heracross, Pinsir, Scyther – taką
ekipą zasieję postrach w sercu każdego trenera. Narzucę też sobie trochę
ograniczeń – nie będę przesadnie grindował, żeby walki ciągle stanowiły wyzwanie,
korzystał z maksymalnie tylu Pokemonów co liderzy, nie spamował przedmiotami
leczącymi w walce. A w razie gdyby robacza trójca jednak nie dawała rady, mój Pineco,
lub już Foretress, dumnie eksploduje, pociągając za sobą do grobu
najsilniejszego Pokemona oponenta.
A za jakiś czas wezmę się za Crystal Clear – fanowską wariację na temat gry, w której widać więcej miłości do serii niż u decydentów z Game Freaku.







Komentarze
Prześlij komentarz