Krótka opowieść o tym, jak nie udało mi się pokonać Czempiona Elite Four

Przebyłem cały region Johto i zdobyłem osiem odznak. Choć każdy lider sali miał Pokemony na wyższych poziomach niż moje, odpowiednio dobierając typy i ataki, byłem w stanie bez większego problemu pokonać ich wszystkich. Rzadko kiedy, chyba tylko raz, użyłem większej liczby stworków niż przeciwnik. Nie pozostało mi więc nic innego, jak spróbować swych sił w starciu z Elite Four. Przekroczyłem granicę między Johto i Kanto (muzyka przygrywająca na Route’ach 26 i 27 nadal robi na mnie ogromne wrażenie), przebiłem się przez Victory Road i wkroczyłem do siedziby Elite Four.

A potem od razu z niej wyszedłem, bo moje Pokemony były zdecydowanie za słabe. Z ekipą na średnio 35 poziomie nie miałem czego szukać w starciu z najlepszymi trenerami. Rozwiązanie było tylko jedno – grind. Wycofałem się do Victory Road i przetrzebiłem populację Gravelerów, Onixów czy innych Sandslashy na tyle, że stały się gatunkami zagrożonymi. Po kilku godzinach monotonnego powtarzania tych samych czynności dobiłem wszystkich podopiecznych do 40 poziomu. Co prawda nadal miałem Pokemony na niższych poziomach niż nawet pierwszy członek Elite Four, ale nie mogłem się już doczekać starcia.

Ja i moja ekipa w trakcie grindu

Wpierw czekała mnie jednak trudna decyzja – którego z siedmiu trenowanych stworków pozostawić w komputerze. Siedmiu, bo gdy wydawało mi się, że mam już wyklarowaną właściwą szóstkę, w Ice Path w drodze do Blackthorn City spotkałem Delibirda, który spodobał mi się na tyle, że postanowiłem go trenować. Wahałem się głównie między odrzuceniem Scythera a Pinsira. Dwa robale, Scyther szybszy i z Wing Attackiem, ruchem typu latającego; Pinsir bardziej napakowany i z Submission, ruchem typu walczącego. Ostatecznie zrezygnowałem z tego drugiego – z jakiegoś powodu chybiał mnóstwo ataków, a poza tym uznałem, że kolejny Pokemon z atakiem latającym przyda mi się bardziej niż ten z walczącym. Moja szóstka prezentowała się następująco: Heracross, Scyther, Foretress, Xatu, Delibird oraz Corsola.

Pierwszy w kolejności był Will, specjalista od Pokemonów typu psychicznego. Nie miałem na niego haka – co prawda mój Xatu miał atak Night Shade typu duchowego, a więc teoretycznie superefektywny przeciw „psycholom”, ale to jeden z tych ruchów, którego typ nie wpływa na ilość zadawanych obrażeń. Z braku lepszego pomysłu postanowiłem zacząć starcie Delibirdem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo przeciwnik wystawił Xatu, który co prawda był szybszy i mocno mnie poharatał, ale pierwszy Icy Wind nieco go spowolił, dzięki czemu w drugiej turze to ja zaatakowałem pierwszy. Następnie Will postawił na Jynx, więc zmieniłem Delibirda na Heracrossa. Wcześniej „naumiałem” swojego żuczka Earthquake, a więc ataku superefektywnego przeciw Jynx, jednak pokemonowej wersji Maryli Rodowicz pozostała po nim ociupinka życia. Celny Psychic oponenta od razu wykończył mojego Pokemona. Posłałem do walki Scythera, który łatwo dobił Jynx, ale Will wystawił Slowbro, który szybko poradził sobie z moją modliszką. Ze Slowbro dał sobie radę mój Xatu, ale w międzyczasie został pokiereszowany Body Slamem. Przeciwnik wystawił swojego drugiego Xatu, który zabił mojego Xatu (Xatucepcja), ale już Forretress, odpalając Rollout (Miltank, pamiętamy [*]), bez problemu pokonał ptaka przeciwnika.

Slowbro wkracza w czwartą gęstość

Willowi został jeden Pokemon, Exeggutor. Spodziewałem się szybkiego dobicia oponenta, bo było trzy na jednego, jednak palma z trzema głowami zaczęła sadzić krytyka za krytykiem. Najpierw Exeggutor zdjął w ten sposób mojego Forretressa, a następnie Corsolę, którą postanowiłem poświęcić, by wyleczyć Delibirda, licząc na jego Icy Wind, który był superefektywny przeciw Pokemonowi przeciwnika. Exeggutor zdążył jeszcze użyć Psychic, ale jeden celny lodowy atak okazał się wystarczający do zwycięstwa. Ufff, udało się, ale było o wiele ciężej, niż się spodziewałem. Will był dopiero pierwszą przeszkodą, a po walce z nim moja ekipa przypominała cmentarzysko.

Wyleczyłem swoich podopiecznych i ruszyłem dalej. Drugim przeciwnikiem był Koga, ekspert od Pokemonów trujących i były lider sali w Fuchsia City w Kanto, który dochrapał się posadki w Elite Four. Walka dopiero co się zaczęła, a zaraz się skończyła. Koga mógł prężyć muskuły, jednak nie mógł wiele zdziałać przeciwko mojemu Forretressowi, którego drugi typ, stalowy, zapewnił mu całkowitą odporność na trujące ataki oponenta. Odpaliłem Rollout i zdejmowałem jeden po drugim Pokemony Kogi: najpierw Venomotha, który użył Supersonic, ale Forretress nie dał się oszołomić, potem wrażego Forretressa, który nie mógł mi zrobić wiele Swiftem, a następnie Muka, który próbował uniknąć moich ataków, używają Minimize, ale niewiele mu to dało.

I tak cię widzę!

W następnej kolejności wreszcie dopadłem Ariadosa, którego Koga posyłał w bój po każdym zdjętym przeze mnie Pokemonie tylko po to, by używać Baton Pass i zmieniać go na innego. W teorii Baton Pass pozwala przekazać innemu Pokemonowi wszystkie zmiany statystyk, docelowo na plus. Problem w tym, że Koga ani razu nie kazał Ariadosowi użyć ataku zwiększającego atak, obronę czy szybkość. Taktyka godna jednego z najlepszych trenerów na świecie, naprawdę. Ostatni, najsilniejszy podopieczny Kogi, Crobat, też nie był w stanie dać sobie rady z Rolloutem Forretressa, więc kolejny członek Elite Four musiał uznać moją wyższość.

Trzeci w kolejności był Bruno, mistrz Pokemonów walczących, który od czasu pierwszej generacji podskoczył jedno oczko w hierarchii elitarnej czwórki. Zacząłem mecz Scytherem, a przeciwnik postawił na Hitmontopa. Wing Attack modliszki szybko poradził sobie z breakdance’ującym stworkiem, ale potem Bruno wrzucił na ring Onixa. To chyba nie jest Pokemon typu walczącego? No nic, Scyther nie byłby w stanie wiele zrobić kamiennemu wężowi, więc zmieniłem go na Corsolę. Myślałem, że jej Surf pozwoli łatwo pozbyć się oponenta. Cóż, może i by tak było, gdyby Onix nie był szybszy i nie załatwił mojego Pokemona jednym celnym Earthquakiem. Lekko skonfudowany wystawiłem Delibirda, który okazał się szybszy od Onixa i za pomocą Icy Winda posłał go znów do Poke Balla.

Brunowi pozostały trzy Pokemony. Pierwszym był Hitmonchan, więc zmieniłem Delibirda na Xatu, użyłem Fly i tyle było z boksera. Przeciwnik zdecydował się na wystawienie Machampa, swojego najsilniejszego Pokemona. Ponownie chciałem użyć Fly, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na Future Sight, atak typu psychicznego, który zadaje obrażenia dopiero za dwie tury. Nie była to specjalnie dobra decyzja, bo okazałem się szybszy, więc Fly zrobiłby oponentowi większe kuku, a tak czteroramienny mięśniak celnym Rock Slidem posłał mojego Xatu do piachu. Tyle dobrze, że zaplanowany Future Sight pozostaje aktywny nawet po omdleniu Pokemona, który go użył, więc na Machampa czekała niespodzianka.

Halo, GOPR?

Wystawiłem Heracrossa, mając nadzieję, że Earthquake zrobi Machampowi sporą krzywdę, ale jego wysoka defensywa połączona z dużą liczbą punktów życia sprawiły, że zabrałem mu zaledwie jedną trzecią paska, podczas gdy ten znów użył Rock Slide i załatwił mojego żuczka. Posłałem do walki Scythera, by skorzystać z superefektywnego Wing Attacku, jednak po otrzymaniu obrażeń od Future Sight Bruno użył na Machampie Max Potiona, odnawiając całe życie swojej maszynce do zabijania. Niewiele mu to dało, bo wpierw jeden, a potem drugi atak skrzydłami wystarczyły do pozbycia się jej. Ostatnim Pokemonem przeciwnika był Hitmonlee, który nie miał wiele do powiedzenia w starciu z moją modliszką. Trzeci tryumf stał się faktem.

Przyszedł czas na czwartego, ostatniego członka, a raczej członkinię Elite Four – Karen, ceniącą Pokemony typu mrocznego. Podobnie jak w przypadku Willa nie bardzo miałem czym ją zaskoczyć, ale jak się później okazało, przydał mi się jeden wydawałoby się niezbyt silny atak, którego prawie nie używałem przez całą grę. Przeciwniczka zaczęła Umbreonem, a ja postawiłem na Heracrossa. Na początku użyłem Earthquake, jednak nie zbiłem nawet połowy paska życia mrocznego pieska. Feint Attack przeciwnika zadał mi jednak jeszcze mniej obrażeń.

Pozornie nieprzydatny atak tym razem się przydał

Wtem w głowie zaświtała mi myśl, że ataki typu robaczego są, zdaje się, superefektywne przeciwko typowi mrocznemu, choć nie byłem tego stuprocentowo pewien. A tak się złożyło, że mój Heracross znał robaczy Fury Cutter, ruch może niezbyt silny, ale działający podobnie jak Rollout – z każdym trafieniem jego moc rośnie. Dwa, jak się okazało, superefektywne cięcia wystarczyły, by Karen musiała wezwać Umbreona do Poke Balla. Trzeci i czwarty Fury Cutter nie dały z kolei szans Vileplume’owi, który z typem mrocznym za wiele wspólnego nie ma, jednak jak już się wcześniej przekonałem – zasady są po to, żeby członkowie Elite Four mogli je łamać. Karen postawiła na kolejnego Pokemona innego typu niż mroczny – Gengara. Kazała mu użyć Curse, co pozbawiło go połowy życia, jednak nałożyło klątwę na mojego Heracrossa. Potem popełniła jednak duży błąd – zamiast wykończyć mojego Pokemona, użyła Spite, które obniżyło PP Earthquake o trzy. Nie zbiło go jednak do zera, więc trzęsienie ziemi posłało ducha w zaświaty.

Przeciwniczce zostały tylko dwa Pokemony. Pierwszym był Murkrow, który szybko wykończył Heracrossa. Posłałem w bój Delibirda, jednak mroczne ptaszysko okazało się szybsze. Miałem jednak ogromnego farta – mojemu mikołajowemu stworkowi udało się przeżyć z zaledwie jednym punktem życia. Icy Wind Delibirda mocno pokiereszował Murkrowa, zbijają mu niemal cały pasek, jednak Karen użyła Quick Attack, którym dobiła mojego podopiecznego. Wystawiłem więc Scythera, który też znał Quick Attack, a że okazał się szybszy od ptaszora Karen, przeciwniczce został ostatni Pokemon. Ale nie byle jaki, bo Houndoom na 47 poziomie. Postanowiłem skorzystać z szybkości Scythera, używając Slash, ale jednocześnie domyślałem się, że psisko zaraz użyje jakiegoś ognistego ataku. Nie myliłem się – Houndoom zaatakował Flamethrowerem, więc po chwili zbierałem popiół po modliszce do Poke Balla. Na szczęście w zanadrzu miałem rzadko używaną do tej pory Corsolę, której Surf nie spłynął po Houndoomie jak po kaczce, a dosłownie zmył go z powierzchni ziemi. Tak oto zanotowałem czwartą wygraną z członkiem Elite Four.

Burek, do budy!

To nie był jednak koniec. Uleczyłem swoje Pokemony i udałem się w kierunku ostatniego oponenta – Czempiona. Był nim Lance, smoczy wariat, z którym kilka razy zdążyłem się już spotkać. Co razem robiliśmy, niech może pozostanie naszą słodką tajemnicą, ale tym razem nie było miejsca na uprzejmości – Lance nie zamierzał przegrać i wystawił swój najsilniejszy skład. Na początku posłał w bój Gyaradosa, a ja z braku lepszego pomysłu wystawiłem swój czołg w postaci Forretressa. Odpaliłem Rollout, który okazał się superefektywny, ale ewolucja Magikarpa użyła Surf i pozbawiła mojego stworka całego paska życia. Wystawiłem więc Xatu i użyłem Future Sight, ale to było na tyle – Gyarados krytykiem od razu posłał mojego ptaka na glebę.

Zrobiło się gorąco. Postanowiłem skorzystać z Scythera. Użyłem Focus Energy, żeby zwiększyć szansę na zadanie krytycznego ciosu, a w międzyczasie Gyarados dostał obrażenia od Future Sight i wreszcie padł trupem. Chwilę potem Lance wystawił pierwszego Dragonite’a. Uznałem, że nie mam nic do stracenia i zacząłem go chlastać. Slash Scythera skończył się krytykiem, a smok posłał Thundera, który prawie zabił modliszkę. Ponownie użyłem Slash, ale po chwili drugi Thunder Zeusnite’a dobił mojego Pokemona. Wrzuciłem na arenę mojego drugiego robala, Heracrossa, a Lance od razu kazał Dragonite’owi skorzystać z Thunder Wave, co sparaliżowało mojego podopiecznego. Jakimś cudem, sam już nie pamiętam jak – zdaje się, że krytycznym Take Downem – zbiłem pasek życia Dragonite’a niemal do zera, jednak ten użył Hyper Beama, co… wcale nie pozbawiło życia mojego żuczka! Chciałem dobić smoka, jednak tym razem szczęście się do mnie nie uśmiechnęło i haniebnie chybiłem. Na szczęście Dragonite musiał odpocząć po potężnym ataku z poprzedniej tury.

Pokonałem paraliż, ale spadły mi okulary [*]

Nie bardzo wiedząc, co robić, użyłem Full Restore na Heracrossie. Dragonite znów chciał mnie sparaliżować, jednak nie trafił, a dzięki celnemu Take Downowi udało mi się go wreszcie zdjąć. Lance nadal miał jednak cztery Pokemony, a ja już tylko trzy. Oponent posłał w bój Aerodactyla, więc nie zastanawiając się długo, zmieniłem Heracrossa na Corsolę. Wing Attack latającej skamieliny nie zrobił jej wiele, tymczasem Surf koralowca pozbawił wroga większości życia. Czempion tym razem nakazał Aerodactylowi użyć Rock Slide'a, co prawie zabiło mojego stworka, jednak drugi Surf pozwolił pozbyć się przeciwnika. Lance wystawił kolejnego Dragonite’a, a ja zacząłem robić coś, czego robić absolutnie nie miałem – zacząłem spamować przedmiotami leczącymi. Użyłem Max Revive’a na Forretressie, a smok dobił Corsolę. Wystawiłem Delibirda, ale Hyper Beam od razu położył go na łopatki, aż mu prezenty z worka wypadły.

Postanowiłem sięgnąć po dopiero co wskrzeszonego Forretressa. Moim jedynym pomysłem na pokonanie Dragonite’a był Rollout i liczenie na to, że Lance nie zdoła go zbyt szybko zabić mojego Pokemona. Faktycznie, Blizzard nie zrobił wiele Forretressowi, a superefektywny, rosnący w siłę Rollout obijał Dragonite’a raz za razem, wreszcie go zabijając. Lance postanowił wystawić Charizarda. Forretress był w starciu z nim bez szans, ale postanowiłem spróbować szczęścia, licząc na to, że rozpędzony Rollout załatwi ognistego jaszczura. To nie był dobry pomysł. Charizard, co nie dziwne, był szybszy i zdewastował moją szyszkę Flamethrowerem. Posłałem w bój Heracrossa, ale nawet nie atakowałem, postanawiając wskrzesić Corsolę. Charizard szybko pozbył się żuka, więc nie zastanawiałem się długo i posłałem w bój koralowca. Ognisty atak nie zrobił jej dużej krzywdy, za to Surf Corsoli zrobił dużą krzywdę smokowi, choć jeden atak nie wystarczył. Dopiero gdy Charizard po raz drugi znalazł się pod wodą, Lance musiał go poddać.

Popływaj sobie

Corsoli została połowa życia. Moi pozostali podopieczni byli martwi. Wiedziałem, że Corsola nie ma szans w starciu z ostatnim Pokemonem Lance’a, Dragonitem na 50 poziomie, więc ponownie użyłem Max Revive’a na Forretressie. Smok użył Outrage'a, zabijając mojego koralowca, a ja nie mając innego wyboru, posłałem w bój mojego pancernika. Przestraszyłem się jednak, że najsilniejszy z trzech Dragonite’ów przeciwnika może zabić Forretressa jednym ciosem, więc wskrzesiłem Heracrossa. Wiele nie się nie myliłem, bo mało efektywny Outrage i tak prawie zabił mojego Pokemona. Zdążyłem raz użyć Rollout, jednak po chwili Dragonite wykończył Forretressa. Wystawiłem Heracrossa, ale on, podobnie jak Corsola, nie mógł zagrozić Dragonite’owi. Forretress dzięki Max Revive’owi wstał z grobu po raz trzeci, ale ciągłe wskrzeszanie Pokemonów nie dość, że było taktyką strasznie tanią, to jeszcze bardzo męczącą. Heracross szybko padł, a ja postanowiłem ostatecznie zakończyć to starcie.

Moim ostatnim pomysłem na wygranie walki był ruch Explosion. Zadaje on ogromne obrażenia, jednak używający go Pokemon od razu po użyciu go omdlewa. Przez całą grę chyba ani razu nie skorzystałem z tego ataku, ale wreszcie przyszedł na to czas. Forretress wybuchł, zabierając Dragonite’owi całe życie… a ja zorientowałem się, że popełniłem fatalny w skutkach błąd. Po użyciu Explosion jako pierwszy omdlewa nie Pokemon, który został zaatakowany, a ten, który użył ataku. Mimo że gra w pierwszej kolejności zakomunikowała, że padł Dragonite, a dopiero potem, że Forretress, w rzeczywistości to mój podopieczny stracił cały pasek życia jako pierwszy. Choć zarówno ja, jak i Lance zostaliśmy bez żadnych Pokemonów, to Czempion okazał się zwycięzcą.

I wtedy wychodzę ja, cały na biało...

Obudziłem się pod siedzibą Elite Four. W pierwszej chwili byłem zdruzgotany, jednak prędko górę wzięła chęć rewanżu. Ale nie bezmyślna, nie ruszyłem od razu na Elite Four po raz drugi, bo to by nic nie dało. Postanowiłem ponownie wyruszyć w świat, złapać silniejsze Pokemony i jeszcze raz spróbować swych sił w starciach z najsilniejszymi trenerami na świecie. Suicine już padł moim łupem, teraz szukam Enteia i Raikoua, a potem przyjdzie czas na Ho-oha. Przed taką ekipą nawet Lance będzie musiał się ugiąć. A ostatniego Dragonite’a ponownie pokonam przy użyciu Forretressa i jego Explosion, tyle że tym razem będę miał jeszcze jakieś Pokemony w zanadrzu.

Porażka porażką, chęć rewanżu chęcią rewanżu, ale nie zmienia to faktu, że po prawie dwóch dekadach zabawy z grami z serii Pokemon zanotowałem najciekawsze i najbardziej emocjonujące podejście do Elite Four. I jakoś tak cieszy mnie, że po tylu latach i setkach, a może tysiącach godzin spędzonych z serią mam jeszcze po co odpalać jej starsze odsłony.

Komentarze

Popularne posty