Kupił nowego Xboksa, ale gra tylko w PES-a z Game Passa [ZOBACZ DLACZEGO!]

Gry piłkarskie nie mają dziś najlepszej renomy wśród Prawdziwych Graczy™. Co rusz portale growe i nie tylko informują o kolejnych instytucjach mających zastrzeżenia wobec działania lootboksów w FIFA Ultimate Team (szerzej znanym pod skrótem FUT), najważniejszym w ostatnich latach trybie gry. Nie bez powodu uznawane są one za hazard, a że fandom serii składa się w dużej mierze z osób poniżej 18 roku życia, nie może dziwić, że czy to organy unijne, czy poszczególnych państw chcą uniknąć sytuacji, w których mali fani piłki nożnej podkradają rodzicom karty kredytowe, by zakupić kilka paczuszek z kartami piłkarzy do swojej ulubionej gry.

No właśnie, FIFA. Gatunek gier piłkarskich został dziś na tyle zdominowany przez kolejne odsłony cyklu od EA Sports, że stał się on właściwie jego synonimem. I nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić w bliższej lub dalszej przyszłości. Amerykanie mają licencję największej organizacji piłkarskiej na świecie oraz licencje prawie wszystkich najważniejszych lig i zespołów. Płacą za to krocie, ale i tak wychodzą na swoje. Głównie dzięki wspomnianemu FIFA Ultimate Team, na którym inkasują więcej pieniędzy niż na sprzedaży samych kolejnych odsłon serii. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby EA Sports zaczęło udostępniać je za darmo, a i tak zarobiłoby z nawiązką dzięki mikrotransakcjom.

Na drugim miejscu, jednak hen, hen daleko za FIFĄ, rozsiadł się PES. A właściwie eFootball Pro Evolution Soccer, bo tak od 2019 roku brzmi pełna nazwa serii. Trudno powiedzieć, skąd wynika ta korekta, bo Konami ani nie zmieniło znacząco rozgrywki, ani nie zrobiło nic, aby uczynić ze swojej serii tytuł esportowy, a jak brakowało ważnych licencji, tak brakuje ich nadal. Nie jest też oczywiście tak, że Japończycy nie chcieliby zarabiać w podobny sposób co EA Sports – czytając kolejne newsy o automatach pachinko, które Konami sygnuje swoimi znanymi wszystkim graczom markami, można być pewnym, że Japończycy nie mają nic przeciwko hazardowi. Dostępny w PES-ie tryb MyClub do złudzenia przypomina FUT-a, jednak z racji znacznie mniejszej popularności cyklu – którego ostatnie odsłony, wedle szacunków, które udało mi się znaleźć w Internecie, rozeszły się w kilkunastokrotnie mniejszej liczbie sztuk niż ostatnie FIFY (dla porównania kilkanaście lat temu obie serie miały podobną sprzedaż) – również i zarobek na mikrotransakcjach jest znacznie mniejszy. Ot, kwestia skali.

Na tym się teraz zarabia

Mnie osobiście ani do FUT-a, ani do MyClub nigdy specjalnie nie ciągnęło. Szał na popularne kilkanaście i więcej lat temu naklejki Panini, będące oczywistą inspiracją dla kart piłkarzy w FUC-ie (kolejny sezon/część serii, kolejne naklejki/karty do zebrania), jakoś mnie ominął. Wszelkie podejmowane przeze mnie próby kolekcjonowania czegokolwiek już w życiu dorosłym kończyły się z kolei kompletnym niepowodzeniem. Zazwyczaj albo nie miałem na to pieniędzy, albo było mi tych pieniędzy szkoda, a jeśli już zaczynałem coś zbierać – czy to karty Pokemon, czy fizyczne karty z piłkarzami, czy gry wideo – w pewnym momencie orientowałem się, że to zupełnie bez sensu, a w ten sposób daję tylko pożywkę swojemu zakupoholizmowi. Cóż, duszy kolekcjonera nie mam na pewno, za to pieniędzy mogę się pozbyć niemal natychmiast po otrzymaniu comiesięcznego przelewu na konto, więc wolę się hamować.

Na szczęście, o czym w tym całym szale z lootboksami można zupełnie zapomnieć, w gry piłkarskie nawet dziś da się grać bez wydawania pieniędzy na mikrotransakcje. Obie serie mają szereg innych trybów, w których można się bawić czy to offline, czy przez Internet. Z dwójki FIFA-PES preferuję tę drugą serię – choć swoją przygodę z grami piłkarskimi zaczynałem lata temu od cyklu EA Sports, czwarta, piąta i szósta odsłona serii Konami zrobiły na mnie ogromne wrażenie (te strzały z dystansu! Ten Obafemi Martins! Ten Adriano!). Mimo że w tak zwanym międzyczasie ograłem jeszcze na pececie kilka odsłon FIFY, to gdy kupiłem PlayStation 4 i po wielu latach przerwy, podczas których bawiłem się tylko z konsolami Nintendo, znów zaczęło mnie ciągnąć do gier piłkarskich, bez wahania postawiłem na Pro Evo.

Bestia

Początkowo grałem samemu, organizując czy to własne wariacje Ligi Mistrzów, czy Mistrzostw Europy, próbując doprowadzić do tytułu najlepszej drużyny kontynentu takie piłkarskie potęgi jak Finlandia czy Walia, jednak gdy znudziła mi się już rywalizacja z AI, z bólem wysupłałem pieniądze na PS Plus, aby móc pograć po sieci. I tak moim ulubionym trybem szybko stało się Online Divisions. Startujemy w Dywizji 12 i zdobywając punkty za kolejne zwycięstwa, awansujemy wyżej, a jeśli nie wygrywamy wystarczająco dużo, spadamy (poniżej Dywizji 12 zlecieć już jednak nie można). W przeciwieństwie do FUT-a i MyClub nie tworzymy tu własnej drużyny złożonej z piłkarzy wyciągniętych z paczek – wybieramy jeden z istniejących w rzeczywistości klubów piłkarskich. Lub jego PES-owy odpowiednik: z powodu braku licencji taki AC Milan to tutaj Milano RC, Atletico Madryt to Madrid Rosas RB, a do nazw angielskich klubów, aby uniknąć ataku prawników, wystarczyło z jakiegoś powodu dodać literkę B (Liverpool B, Chelsea B i tak dalej). Niemieckich zespołów doliczyłem się zaś zaledwie trzech i brakuje wśród nich obu Borussii oraz RB Lipsk, a więc najsilniejszych w ostatnich latach ekip za Odrą. Są to za pełna liga duńska, belgijska czy turecka, a także sporo ekip spoza Europy, głównie z Ameryki Południowej i Azji. Cóż, nie mogąc rywalizować finansowo z EA Sports, Konami orze jak może.

Myk w Online Divisions polega na tym, że im silniejsza ekipa, tym mniej punktów dostajemy za wygraną. Zwyciężanie Bayernem czy PSG nie przynosi zbyt wielu oczek, ale już tryumfy odnoszone zespołami z nieco niższej europejskiej półki, takimi jak Atalanta Bergamo czy Szachtar Donieck, przynoszą zauważalnie więcej punktów. Nie mówiąc już o kopciuszkach, na przykład najsłabszych drużynach z drugiej ligi angielskiej czy włoskiej, klubach z Chin albo mistrzach Uzbekistanu czy Syrii – za zwycięstwo takimi ekipami możemy liczyć na 600-700 oczek, w porównaniu do około 250 w przypadku najsilniejszych zespołów. Nawet remis potrafi zapewnić wówczas więcej punktów niż wygrana najpotężniejszymi ekipami. Oczywiście można też całkowicie zignorować te wszystkie awanse i spadki, grając cały czas tym Bayernem czy PSG, siedząc co najwyżej w 9 czy 10 Dywizji, bo wyżej awansować się wówczas nie da, ale ja mimo wszystko lubię próbować przeskoczyć do wyższej ligi za wszelką cenę. Jak trzeba, to wybieram słabiuteńkie San Marino czy inny Gibraltar, przeciwnik zazwyczaj rozjeżdża mnie jak walec, ale przynajmniej nie mogę powiedzieć, że nie spróbowałem.

Spróbowałem!

Online Divisions jest dla mnie trybem idealnym. Mogę bez problemu odpalić konsolę i zagrać meczyk lub dwa, jak i zaplanować dłuższe posiedzenie przy herbacie z miodem. Mogę pograć silnymi klubami z Europy, jak i drużynami z innych kontynentów, których składów za bardzo nie znam, więc nierzadko zaskakuje mnie widok jakiegoś zawodnika, który dawno opuścił Stary Kontynent, nadal realizuje się zawodowo gdzieś indziej, a ja o tym nawet nie wiedziałem. Pomimo wcale nie tak rzadkich momentów frustracji powodowanych czy to brakiem umiejętności (liczba możliwych do wykonania zagrań jest ogromna), czy zaćmieniem mózgu (czemu znów podałem do rywala?), czy zwyczajnym pechem (ile razy można trafić w słupek lub poprzeczkę w jednym meczu?!), uzależniający gameplay tworzący szalone mecze, w których wyrównuję lub strzelam zwycięskiego gola w doliczonym czasie gry (albo robi to przeciwnik), cały czas trzyma mnie przy Online Divisions, jak i ogólnie PES-ie.

Może trochę patologiczna to relacja, bo w końcu mógłbym zagrać w coś, co na pewno denerwowałoby mnie mniej lub w ogóle, a w dodatku mógłbym to ukończyć, dorzucając do kupki „ograne” kolejny tytuł. I pewnie bym tę relację zakończył, gdyby nie to, że ostatnia odsłona o oznaczeniu 2021 została niedawno dodana do Game Passa, a że mam go zaklepanego na dłuższy czas, nie muszę już płacić za Plusa wyłącznie dla PES-a. Co prawda na Xboksie jest czasem problem ze znalezieniem przeciwnika – a tak w ogóle to gra ma chyba jakiegoś buga, bo muszę restartować konsolę, by tych przeciwników w ogóle zaczynała mi znajdować – to chwilę przerwy między meczami mogę wykorzystać na kontemplowanie sensu istnienia czy zdrowia psychicznego wiecznie prowadzącego remont sąsiada, który chyba ten sens istnienia znalazł.

I tak to właśnie jest – kupiłem Xboksa Series X, żeby grać w nowe, duże tytuły oraz ciekawe rzeczy z przytłaczającej zawartością biblioteki Game Passa, jednak po ukończeniu Cyberpunka 2077 (który jaki jest, każdy zainteresowany wie) od kilku tygodni odpalam konsolę tylko dla PES-a. Powiem więcej: nie mogę się już doczekać kolejnej odsłony serii, która po roku przerwy (edycja 2021 to tylko aktualizacja składów i niewielkie korekty gameplayowe) być może, z naciskiem na być może, znów nawiąże sensowniejszą rywalizację z bardziej utytułowanym przeciwnikiem. Szczerze mówiąc, nie jest mi z tym graniem w PES-a jakoś specjalnie źle, chociaż od odpalenia półtora miesiąca temu Valhalla nadal na mnie czeka, a nową Yakuzę mógłbym jednak w końcu odfoliować…

Komentarze

Popularne posty