Ku pochwale ROM-ów

Połowa lat dwutysięcznych. Młody Kartograf Gier nie ma wiele pieniędzy na gry. Podczas wizyty u kolegi zachwyca się grafiką Grand Theft Auto III, bo czegoś takiego jeszcze nie widział, ale kolega pokazuje mu coś jeszcze. Okazuje się, że na komputerze można grać w gry z konsol – wystarczy pobrać z Internetu, którego Kartograf Gier w domu nie ma, wybraną grę w postaci ROM-a, a także odpowiednie oprogramowanie zwane emulatorem, które pozwala ją uruchomić. Zachwycony tymi możliwościami młody Kartograf Gier prosi kolegę, by nagrał mu na płytę emulator Game Boya Advance’a oraz kilka gier.

W domowym zaciszu młody Kartograf Gier poznaje gry, w które nie mógł grać przez brak konsoli. Zakochuje się w Harvest Moon: Friends of Mineral Town i poznaje pierwszą generację kieszonkowych stworków dzięki Pokemon Fire Red i Leaf Green. Od czasu do czasu wychodzi od kolegi z kolejnymi ROM-ami, które włącza na przemian z pecetowymi tytułami. W końcu ile można zamykać te Wrota Otchłani w Oblivionie? Gra zarówno sam, jak i z innymi kolegami, bo emulatory pozwalają na zabawę większej liczbie graczy – wystarcza chwila konfiguracji i otwarcie dwóch okienek, by móc razem z kolegą naparzać potworki w Shining Soul.

Kim by tu dzisiaj zagrać?

Gdyby nie ROM-y, na pewno nie byłbym takim graczem, jakim jestem. Być może nie grałbym teraz w ogóle, bo na początku poprzedniej dekady całkowicie straciłem zainteresowanie elektroniczną rozrywką. Mój pecet stał się zbyt słaby, by odpalać nowe tytuły, a konsol, prócz stareńkiego, wysłużonego już Game Boya Colora, nie miałem. Na początku 2014 zdecydowałem się jednak na kupno 3DS-a, który wraz z Wii U odnowił moją pasję. Gdyby nie emulatory – i poczciwy „Kolorek” – zapewne bym tego nie zrobił. W ciągu kilku lat, poznając wiele nowych gier, niemal zakatowałem swojego 3DS-a – bateria nie była w stanie wytrzymać nawet godziny, a po konsoli na pierwszy rzut oka było widać, że była intensywnie używana. Nie pozostało mi nic innego, jak zaopatrzyć się w nowszy model 3DS-a.

Początkowo grałem na nim jak na starym, jednak w zeszłym roku kolega skusił mnie na przeróbkę. Odblokowuje ona wiele nowych funkcji, takich jak łatwiejsze robienie zrzutów ekranu czy przerzucanie plików z karty pamięci na komputer i odwrotnie dzięki FTP, które niejednokrotnie mi się przydały, co widać chociażby po innych wpisach na tym blogu. Nie da się jednak ukryć, że większość osób przerabia konsolę po to, by grać w pirackie gry. Nie będę kłamał, że w moim przypadku było inaczej. Nie chodziło jednak o tytuły na 3DS-a, bo tych miałem i mam bez liku, a gdybym chciał zagrać w coś nowego, po prostu bym to kupił. Chodziło i nadal chodzi o starsze gry, w które zaopatrzyć się dziś właściwie nie sposób.

Pokemony po polsku. Kiedyś to było

Powiedzmy, że chcę zagrać w Dragon Warrior Monsters 2: Tara’s Adventure, które miałem kiedyś na pirackim kartridżu ze Stadionu Dziesięciolecia. Gra nigdy nie wyszła w Europie. Jedyną możliwością, aby zagrać w nią dziś legalnie w języku angielskim, jest kupno pudełkowej wersji. Ceny na Ebayu porażają – za sam kartridż musiałbym zapłacić 50 dolarów, nie licząc wysyłki. Sprzedawca zapewnia, że to oryginał, a zapis stanu gry działa, ale pewien być nie mogę. Najtańszy egzemplarz w pudełku kosztuje z kolei ponad 100 dolarów. Nie ukrywam, że dla mnie to duże pieniądze.

Inny przykład – chcę zagrać w Golden Suna na 3DS-ie. Oficjalnie nie mogę tego zrobić, bo gier z Game Boya Advance na 3DS-ie kupić się nie da. Na Wii U paradoksalnie już tak, więc mam wersję z Virtual Console na tej konsoli, ale zamiast przechodzić grę na GamePadzie czy telewizorze, co już swoją drogą robiłem, tym razem wolałbym pokierować Isaakiem i resztą ekipy na małym ekranie. Bez ROM-a się niestety nie obejdzie. Oczywiście kupno gry na jedną konsolę nie sprawia, że mogę legalnie ściągnąć jej ROM-a z Internetu i wrzucić na inną konsolę. Mógłbym zaopatrzyć się w Game Boya Advance’a i oryginalny kartridż, co kosztowałoby mnie kilkaset złotych. Granie w Golden Suna na 3DS-ie to tylko kwestia wygody, ale skoro za grę już raz zapłaciłem, skłamałbym, gdybym napisał, że pobierając ją z Internetu, miałem wyrzuty sumienia czy koszmary senne.

Oprawa Golden Suna nadal robi na mnie ogromne wrażenie

Ogólnie rzecz biorąc, nie mam problemu z płaceniem pieniędzy za starsze gry. Na 3DS-ie i Wii U mam sporo tytułów z Virtual Console, za które wysupłałem po kilkanaście-kilkadziesiąt złotych. To według mnie uczciwe ceny za gry sprzed kilkunastu-kilkudziesięciu lat. Ponadto wiem, że kupując tytuł z Virtual Console, daję zarobić wydawcy, a nie komuś wyprzedającemu swoją kolekcję czy zwykłemu handlarzowi. Szarpnąłem się nawet na pudełkowe kolekcje gier z Kunio Kunem czy serii Mana na Switcha. Pomijając jednak pojedyncze przypadki, nie jestem kolekcjonerem, więc nieszczególnie zależy mi na magazynowaniu w szufladach kolejnych pudełek. Najpierw wydawca musi mi jednak zapewnić możliwość kupna swojej gry, a często tego nie robi. Chętnie dałbym mu zarobić, ale on zwyczajnie nie chce moich pieniędzy.

Oczywiście łatwo zbić cały mój wywód jednym prostym argumentem: „Jeśli cię na coś nie stać, nie musisz tego mieć. W końcu gry nie są towarem pierwszej potrzeby, a poza tym masz tyle innych gier, w które możesz grać. Nawet jeśli kupiłeś tysiąc pozycji z Virtual Console, nie uprawnia cię to do pobierania ROM-ów”. Zgadzam się, to wszystko prawda. Trudno mi jednak wyobrazić sobie okazjonalne wracanie do gier z dzieciństwa i sprawdzanie nowych – w końcu interesujących tytułów na konsole retro, których jeszcze nie znam, nie brakuje – jeżeli za wiele z nich musiałbym zapłacić tak duże pieniądze, jak za wspomnianego Dragon Warriora. Dzięki ROM-om mogę to zrobić bez wydawania fortuny.

Za dzieciaka nie udało mi się ukończyć Dragon Quest Warriors 2

Być może wyobraziliście sobie właśnie, że mam w tej chwili na 3DS-ie dziesiątki czy nawet setki gier z NES-a, SNES-a, Game Boyów i innych konsol. Nic z tych rzeczy. Poza wspomnianym Golden Sunem i Pokemon Crystal Clear, romhackiem Pokemon Crystal, moja konsola jest „czysta”. Do tej pory przeróbka przydała mi się bardziej do wspomnianego robienia rzutów ekranu z kupionego kilka lat temu za 40 złotych Pokemon Crystal. Jeśli jednak najdzie mnie ochota na przypomnienie sobie jakiegoś tytułu z dzieciństwa albo ciekawej gry sprzed dekad, a wydawca nie zapewni mi możliwości jej nabycia, nie zawaham się pobrać jej z Internetu. Jeśli uważacie, że to karygodne, wy również się nie wahajcie i dzwońcie na policję. Tylko mi wcześniej o tym powiedzcie, bo o szóstej rano zazwyczaj jeszcze śpię.

Komentarze

Popularne posty