Słów kilka o Xenogears
Xenogears to dziwny twór. Z jednej strony ujrzał światło dzienne w złotej erze japońskich gier RPG, a w dodatku został wyprodukowany przez Square, czyli studio będące zapewne najwybitniejszym, a na pewno najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem owego okresu. Z drugiej strony, jeśli chodzi o popularność, nie może równać się nie tylko z Chrono Triggerem i Final Fantasy VII, ale też z kilkoma innymi grami wydanymi przez „Kwadratowych” pod koniec XX wieku, takimi jak chociażby Chrono Cross czy Vagrant Story. Zapewne każda osoba siedząca trochę w grach słyszała coś o Xenogears – na przykład o (nie)sławnej drugiej płycie albo o tym, że fabuła gry jest bardzo skomplikowana – ale mało kto tak naprawdę w to grał.
Choć „zaległości” w gatunku japońskich rolplejów mam dość spore, bo miałem styczność tylko z jedną z wymienionych gier (co więcej, z powodu, eufemistyczne mówiąc, defektów osobowości nawet jej nie ukończyłem), to właśnie do Xenogears ciągnęło mnie najbardziej. Po pierwsze spokoju nie dawał mi kolega*, który co jakiś czas przypominał mi, jak bardzo jestem, eufemistyczne mówiąc, wybrakowany, ciągle odkładając ją na Kiedyś™. Po drugie bardzo bliska jest mi seria Xenoblade Chronicles, której nazwa nieprzypadkowo rozpoczyna się od tych samych czterech literek. Za wszystkie te gry (oraz trylogię Xenosaga) odpowiada jedna osoba – Tetsuya Takahashi. Pewnego kwietniowego dnia poczułem, że nie mogę już zwlekać ani chwili dłużej. Wyjąłem z szuflady zapomniane przez Boga i ludzi PSP, zakupione kiedyś od wspomnianego kolegi, a po kilku dramatycznych próbach zmuszenia karty pamięci do współpracy odpaliłem wreszcie ikonkę z mechem i tytułem przestrzelonym charakterystycznym czerwonym „iksem”.
Sztampa kontrolowana
O czym właściwie jest Xenogears i jak się w to gra? W zależności od tego, na jakim etapie gry zadalibyście mi to pytanie, udzieliłbym Wam innej odpowiedzi. Przez pierwsze mniej więcej 30 godzin Xenogears jawi się jako klasyczny przedstawiciel gatunku. Wcielamy się w Feia, stojącego na progu dorosłości mężczyznę przywdziewającego strój do sztuk walki (czy to ówczesny dres?), który mieszka w Lahan, niewielkiej wiosce położonej gdzieś na krańcu świata. Nie pamięta swojej przeszłości (oooczywiścieee), ale jego życie jest spokojne i szczęśliwe. Do czasu, aż w Lahan nie pojawiają się mechy zwane Gearami, które zaczynają ze sobą walczyć. Fei, próbując ratować sytuację, wsiada do jednego z nich, ale traci nad sobą kontrolę i niszczy całą wioskę, a jej pozostali przy życiu mieszkańcy, zarazem bojąc się i nienawidząc go, decydują się go wygnać. Feiowi nie pozostaje nic innego, jak opuścić Lahan – a raczej to, co z niego pozostało – w poszukiwaniu sensu dalszego istnienia.
Obecność znanych motywów nie oznacza jednak, że pierwsze godziny Xenogears ani razu nie zaskakują. Od samego początku jesteśmy świadkami wydarzeń, których nie jesteśmy w stanie wyjaśnić. Skąd znamy imię spotkanej w lesie rudowłosej dziewczyny, którą widzimy po raz pierwszy w życiu? Czemu agenci organizacji Gebler działającej w imieniu tajemniczego miasta Solaris cały czas wchodzą nam w drogę? Kim jest ten paskudnik Grahf, który zawsze pojawia się w najmniej odpowiednim momencie, żeby utrudnić nam życie? To właśnie te i inne niewiadome trzymały mnie przy grze, gdy zmagałem się z jej najbardziej żmudnymi momentami, takimi jak labirynt w kanałach, przy którym odpadła pewnie połowa graczy. Podejrzewałem, że musi w tym być coś więcej. Chciałem otrzymać odpowiedzi na zadane pytania.
Ćwiczenia ruchowe
Jeśli chodzi o rozgrywkę, Xenogears początkowo także nie odbiega od gatunkowych standardów. Podróżujemy po mapie świata, co jakiś czas trafiając na kolejne lokacje. W ciągu pierwszych kilkunastu godzin gry spędzamy sporo czasu na pustyni, gdzie, wbrew pozorom, dzieje się całkiem dużo. Losowe walki, zarówno pieszo, jak i w Gearach, toczymy w turach. Ciekawą mechaniką urozmaicającą klepanie mobków na piechotę jest nauka kombosów. Używając różnych kombinacji słabych, średnich i silnych ciosów, uczymy bohaterów coraz potężniejszych ataków. Szkoda tylko, że większość postaci ma dokładnie takie same kombosy (w tym sensie, że do ich wywołania są potrzebne te same kombinacje przycisków, bo animacje są już unikalne, a przy tym często naprawdę efektowne), oraz że cały system zdaje się działać nieco losowo: nie zliczę, ile razy używałem określonej kombinacji, żeby „wbić” danego kombosa, jednak postać uczyła się najpierw zupełnie innego. Podczas walk w Gearach dodatkowym wyzwaniem jest z kolei konieczność zarządzania zapasami paliwa, które lubią się szybko kończyć, gdy za bardzo szarżujemy albo zaczynamy się leczyć.Jak patrzyło mi się na Xenogears po przeszło 20 latach od premiery? Zaskakująco przyjemnie. Podczas zabawy na telewizorze piksele są zapewne większe od pięści, ale na szczęście grałem na wspomnianym PSP. Otoczenie zostało wykonane w pełnym trójwymiarze, jednak ludziki są już dwuwymiarowymi sprite’ami. Czasami tworzy to dziwne sytuacje – na przykład w trakcie cutscenek na silniku gry postacie nienaturalnie się obracają – ale nie jest to coś, co bardzo kuło mnie w oczy. Z innych rzeczy okołograficznych: fani mechów z pewnością ucieszą się z możliwości dokładnego obejrzenia Gearów z każdej strony. Jeśli chodzi o oprawę muzyczną, to odpowiada za nią Yasunori Mitsuda, czyli ten pan od ścieżki dźwiękowej z Chrono Triggera. Gdybym nie wiedział o tym przed zagraniem, zorientowałbym się od razu po usłyszeniu motywu przygrywającego podczas jarmarku, jako żywo wyjętego z przygód Crono i spółki. Kilka utworów zapadło mi w pamięć, ale grze zrobiłby na dobre mniejszy recykling ścieżek, bo tracą przez to na unikatowości.
Sprawy większej i mniejszej wagi
Mniej więcej w połowie rozpisanej na około 60 godzin przygody Xenogears zaczyna oddalać się od gatunkowej sztampy. Gra zaczyna coraz odważniej atakować odbiorcę nawiązaniami do chrześcijaństwa, gnostycyzmu, żydowskiego mistycyzmu czy psychoanalizy jungowskiej i freudowskiej. Porusza też tematykę chorób psychicznych, ludobójstwa, dyskryminacji, transhumanizmu, seksualności… nie chcę tu wypisywać wszystkiego, co zauważyłem sam lub wyczytałem w Internecie. Najważniejsze jest to, że nie robi tego w bezmyślny sposób – Takahashi i spółka wydają się rozumieć, do czego nawiązują, wykorzystując motywy w twórczy sposób. No, może pomijając nieodzowne w niemal każdej japońskiej produkcji nazwy rodem z mitologii nordyckiej. Jeśli jeszcze raz zobaczę w jakiejś grze cokolwiek zwącego się Yggdrasilem, to znajdę to cholerne drzewo i je zetnę. Chyba że Odyn trzepnie mnie najpierw piorunem.Gra potrafi jednak nie tylko zarzucać gracza kolejnymi trudnymi czy kontrowersyjnymi tematami oraz nie zawsze prawidłowo przetłumaczonymi nazwami własnymi. W pamięci długotrwałej w najwyższej szufladce z napisem „Xenogears” zapisał mi się nie kolejny monolog jednego z antagonistów, a moment dotarcia do pewnego długo wzmiankowanego powietrznego miasta. Gdy po mozolnej wędrówce przez ruiny, podczas której niejednokrotnie musiałem wykazać się zręcznością (etapy platformowe nie powinny istnieć w tej grze), dotarłem wreszcie do celu… i zobaczyłem, jak ono wygląda… a jednocześnie zaczął rozbrzmiewać utwór towarzyszący jego eksploracji… coś mnie tknęło. A nawet trochę się rozkleiłem. Wątek Shevat, bo tak zwie się to wędrujące w przestworzach miasto, jest według mnie najlepszym, a na pewno najbardziej emocjonalnym fragmentem Xenogears. A przynajmniej tej części gry będącej jeszcze rolplejem.
Nie ma fal... a może jednak?
No właśnie. Druga płyta. W kilkunastu ostatnich godzinach Xenogears przestaje być w znacznej mierze grą RPG, stając się visual novelą przetykaną fragmentami rozgrywki. Których i tak jest więcej, niż się spodziewałem, chociaż przypominając sobie ostatni labirynt, sam już nie wiem, czy to na pewno dobrze. Już niektóre wcześniejsze wątki wydawały mi się poucinane i tak zapewne było, jednak to dopiero na drugiej płycie dochodzi do silnego skondensowania fabuły. Co prawda dostajemy odpowiedzi na większość nurtujących nas wątpliwości, ale ich natłok powoduje czasami przeciążenie mózgownicy, a gra wcale nie przestaje zadawać nowych pytań. Ostatecznie nietrudno pogubić się w tym wszystkim. Nie będę udawał, że zrozumiałem wszystko, co zobaczyłem na drugiej płycie. Nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe bez sięgnięcia do Perfect Works, czyli książki wyjaśniającej między innymi fabularne zawiłości, którą fani przetłumaczyli na język angielski, czy artykułów rozsianych po Internecie**.Nie wiem jednak, czy jest to w ogóle potrzebne, o ile nie chcecie napisać magisterki o Xenogears. O czym tak naprawdę jest ta gra, pojąłem, a przynajmniej taką mam nadzieję, dopiero pod sam jej koniec – dosłownie w ostatniej rozmowie. Nie potrzebowałem do tego zrozumienia wszystkich zależności: kto, co, z kim i w jaki sposób. Finalny dialog pozwolił mi przede wszystkim wszystkim spojrzeć zupełnie inaczej na postać – trochę z braku lepszego określenia, trochę z chęci uniknięcia spoilerów – głównego antagonisty. Nie, nie jest to żaden tani plot twist typu „ha ha, przez całą grę to TY robiłeś złe rzeczy, graczu! Teraz poczuj się niekomfortowo!” – po prostu wreszcie pojąłem jego motywację, która przemówiła do mnie bardziej niż to, czym kierowała się para głównych bohaterów (chociaż mam poważne wątpliwości co do sposobu jej realizacji). Gra dała mi też do zrozumienia, że próba udobruchania dwóch kochających cię mężczyzn poprzez samobójczy atak na siły wroga nie jest najlepszym pomysłem, ale nie jestem pewien, czy wykorzystam kiedyś tę wiedzę w swoim życiu.
Xenogears to jedna z tych gier, po której przejściu czuję się trochę mądrzejszy niż wcześniej, a to się zbyt często nie zdarza. Nie żebym był taki figo fago i wszystkie rozumy pozjadał – dobrze wiadomo, że wirtualna rozrywka jest raczej sposobem na zabicie czasu, który można by wykorzystać lepiej w inny sposób, a jeśli macie na ten temat inne zdanie, to zastanówcie się nad swoim życiem. Nie no, he he, oczywiście żartuję – nie ma nic złego w pograniu od czasu do czasu, żeby się dobrze pobawić, ale cieszę się, że istnieją też takie gry jak Xenogears. Ja i pewnie wielu innych sympatyków twórczości Tetsuyi Takahasiego możemy sobie marzyć o pełnym remake’u na modłę Final Fantasy VII, jednak Square Enix, które posiada prawa do marki, raczej nie zdecyduje się na taki ruch. Xenogears zapewne na zawsze pozostanie tym, czym jest, czyli tworem z pewnością niedoskonałym, ale jednocześnie na tyle unikalnym i interesującym, że warto go poznać także dziś i będzie warto poznać go także jutro.
* Kolega też spisał swoje wrażenia o Xenogears. Możecie przeczytać je TUTAJ.
** Jeśli chcecie przeczytać o Xenogears coś w języku polskim, polecam dwa artykuły niejakiego MSainta, które znajdziecie na portalu PPE: TUTAJ i TUTAJ. Jeśli brzydzicie się tą witryną, to na szczęście autor zamieścił je również na stronie Cross-Play: TUTAJ I TUTAJ. A jeśli Wam się nie chce albo z jakiegoś powodu nie możecie zagrać w Xenogears, ale chcielibyście dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, to możecie obejrzeć nagrany przez niego Let’s play Xenogears.
Screeny ukradłem z GameFAQs





Komentarze
Prześlij komentarz