Tu miał być wpis o Metroid Dread
Z różnych powodów nie kupiłem żadnej tegorocznej gry. Zręcznie ominąłem ataki bestii z Monster Hunter Rise i nie poznałem kontynuacji historii detektywa Yagamiego z Lost Judgment. Nie skusiłem się na żaden remake czy remaster ani nie pobrałem żadnej nowości z zaklepanego na długi czas Game Passa. Pozycji ekskluzywnych dla PS5 nie musiałem nawet unikać, bo nie mam nowej konsoli Sony. Nie żebym się chwalił czy żalił – po prostu tak było.
Jedynym tegorocznym tytułem, jaki zamierzałem ewentualnie sprawdzić, był Metroid Dread. Pierwszy faktycznie nowy rozdział przygód Samus Aran od ponad dekady wydawał mi się sensownym zakupem. Nie będę kłamał, że Metroid jest jedną z serii gier mojego życia, ale miałem z nią już styczność – pierwszy raz przy okazji dema Prime Hunters: First Hunt, wrzuconego na kartę R4 dołączoną do używanego DS-a. Grałem też w Fusion, ale nie umiałem go przejść. Wspólnie z kolegą ukończyliśmy niesławne Federation Force. Potem przeszedłem Zero Mission i Super Metroida.
Od zakupu Dread odwiódł mnie jednak wspomniany kolega, będący fanem cyklu. Zasugerował, bym zamiast rzucać się na najnowszą odsłonę, wpierw zapoznał się z innymi grami z serii, dzięki czemu bardziej docenię Dread. Z początku poczułem się skonfudowany, ale szybko doszedłem do wniosku, że może mieć rację. Ponownie zabrałem się za Fusion, tym razem przechodząc grę bez większych problemów (nie licząc może pewnego upierdliwego bossa). Siłą rozpędu odświeżyłem też sobie Zero Mission.
Na dysku wrzuconego do szafy Wii U od lat czekało na mnie Metroid Prime Trilogy, które wydawało się kolejnym logicznym posunięciem. Wydarzenia z trylogii dzieją się pomiędzy częścią pierwszą (odświeżoną w postaci wspomnianego Zero Mission) a drugą (która pojawiła się na Game Boya, a potem została odrestaurowana przez MercurySteam i wydana jako Metroid: Samus Returns). Były to też jedyne, oprócz Other M, gry z serii, z którymi nie miałem jeszcze do czynienia. Nie pozostało mi więc nic innego, jak wyciągnąć konsolę z niebytu, wymienić baterie w Wiilocie i zasiąść do rozgrywki.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. W prologu, w którym Samus musi uciec z zaprogramowanej na autodestrukcję stacji kosmicznej w określonym czasie, pogubiłem się tak bardzo, że musiałem powtarzać kilkunastominutową sekwencję. Po wylądowaniu na planecie Tallon IV, docelowym miejscu rozgrywki, z początku też nie poczułem „tego czegoś”. Pozwiedzałem nieco Ruiny Chozo, ptakopodobnej starożytnej rasy przewijającej się przez różne odsłony serii, w międzyczasie radząc sobie z dwoma czy trzema nieszczególnie interesującymi bossami (maszyna wysyłająca osy? Miotacz ognia na patyku? Serio?). Chwilę zajęło mi też przyzwyczajenie się do sterowania Wiilotem i Nunchakiem, z którymi ogólnie nie miałem do czynienia zbyt wiele, a ostatnio używałem ich kilka lat temu.
Z czasem kliknęło. Po kilku godzinach opuściłem wreszcie ruiny i zacząłem penetrować kolejne lokacje, zdobywać kolejne ulepszenia, odkrywać kolejne obszary i przejścia pomiędzy nimi. Rozgrywka zaczęła przypominać tę znaną mi z dwuwymiarowych Metroidów. Bo tak naprawdę Prime jest kolejnym klasycznym Metroidem, tyle że w 3D. Dodatkowy wymiar oczywiście nieco zmienia w sterowaniu główną bohaterką i pozbywaniu się przeciwników; pozwolił też deweloperom z Retro Studios zrobić trochę rzeczy, które w dwóch wymiarach byłyby niemożliwe (na przykład rampy, dzięki którym można poczuć się na chwilę niczym Tony Hawk). To jednak nadal Metroid pełną gębą.
Zwiedzając Tallon IV, czułem się podobnie, jak podczas grania w The Legend of Zelda: Ocarina of Time, z którym zapoznałem się wiele lat po premierze przy okazji remastera na 3DS-a. Jasne, to nie to samo, co oryginał na Nintendo 64, ale nie widzę powodu, żeby dziś się za niego zabierać. Poza tym Prime też pojawił się najpierw na GameCubie, gdzie z powodu zupełnie innego kontrolera grało się w niego trochę inaczej, więc nie miałem do czynienia z oryginalnymi wersjami żadnego z tych tytułów.
Przechodząc do meritum: nie wiem, czy też tak macie, ale grając w niektóre gry, w pewnym momencie zaczynam podskórnie czuć, że mam do czynienia z klasykiem. Może to przez roztaczającą się wokół nich aurę, jak w przypadku Ocariny, najlepiej ocenianej gry w historii? A może chodzi o trudne do sprecyzowania, przynajmniej dla mnie, coś, czego próżno szukać we współczesnych grach?
Trudno powiedzieć, ale czułem coś podobnego w obu tych tytułach. W zasadzie Metroid Prime bardzo przypomina mi niektóre Zeldy sprzed ery Breath of the Wild. Może nie ma tu tak wyraźnych dungeonów jak w serii o długouchym w zielonym kubraczku, jednak skojarzenia nasuwają się same: zwiedzanie lokacji, zbieranie kolejnych przedmiotów, odblokowywanie ścieżek do nowych miejscówek i wracanie się do tych już odwiedzonych, żeby zebrać jakieś fanty. W Prime jest też hub, który jest co prawda o wiele mniejszy niż Hyrule Field z Ocariny, ale pełni podobną funkcję. To miejsce lądowania statku Samus, z którego na początku możemy udać się tylko w stronę wspomnianych ruin (do innych lokacji albo nie ma po co jeszcze iść, albo w ogóle nie można się do nich dostać), ale w toku gry regularnie do niego wracamy.
Mimo że Metroid Prime jest pierwszoosobową strzelanką, w której wyrzynamy tuziny najróżniejszych istot, grę charakteryzuje pewna niespieszność. Po osiągnięciu danego celu gra nie od razu wskazuje nam kolejny. Daje nam nieco czasu na eksplorację świata, zapoznanie się z możliwościami dopiero co zdobytego przedmiotu i powrót do tego zapamiętanego miejsca czy dwóch, w których możemy z niego skorzystać, aby zebrać kolejny Missile Expansion, zwiększający liczbę możliwych do wystrzelenia rakiet, czy Energy Tank, dający dodatkowy pasek życia. Dopiero po pewnym czasie, którego nie udało mi się dokładnie określić, gra „przypomina” sobie, że warto by udzielić graczowi jakiejś podpowiedzi, wskazując na mapie, gdzie trzeba iść. Co za miła odmiana od chociażby takiego Cyberpunka 2077, w którym nachalny znacznik nigdy nie znika z ekranu.
To właśnie te niewyreżyserowane fragmenty rozgrywki, w trakcie których nie miałem jeszcze wskazówek lub je ignorowałem i szwendałem się po miejscówkach w poszukiwaniu opcjonalnych ulepszeń, są dla mnie solą Metroid Prime. Na przykład pewnego razu miałem już właściwą broń, żeby utorować sobie drogę do wraku statku kosmicznego, ale nie miałem jeszcze odpowiedniego kombinezonu, który pozwoliłby mi na swobodne przemieszczanie się pod wodą. Opadłem na sam dół, znalazłem Energy Tank, ale nie mogłem iść dalej. Przez dobre kilkanaście minut próbowałem wskoczyć po platformach, w czym usilnie przeszkadzały mi potwory próbujące mnie zjeść, przez co kilka razy spadałem na sam dół.
Brzmi frustrująco, ale wcale się nie denerwowałem. I nie chodzi tu tylko o to, że gra na osłodę nagrodziła mnie przedmiotem, bo w tym momencie Energy Tanków miałem już wystarczająco dużo. Chodzi o to, że Metroid Prime nie próbował mnie niańczyć i pozwolił mi dostać się w miejsce, w którym może i nie powinien jeszcze być (i pozwolił z niego wyjść zamiast kazać wczytać wcześniejszy zapis, doceniam)... ale co z tego? Gra pozwoliła mi pobłądzić, a nie krzyczała „Hej, gdzie idziesz? Nie tu idziesz! Powinieneś iść gdzie indziej! Masz tu wskaźnik!”. No więc błądziłem sobie po skutych lodem i przykrytych śniegiem Phendrana Drifts albo rojących się od kosmicznych piratów Phazon Mines, czasem coś znajdując, a czasem trafiając na ślepy zaułek i nie znajdując zupełnie nic. Tak czy inaczej, bawiłem się przednio.
Mimo to po ukończeniu pierwszego Prime’a robię sobie przerwę od Metroidów. Trzy z rzędu cykle zbierania od nowa wszystkich ulepszeń Samus odcisnęły na mnie piętno. Na razie nie chcę robić tego po raz czwarty (chyba że w kolejnych częściach trylogii robi się coś innego. Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nawet nie sprawdzałem). Zmęczył mnie też nieco backtracking, którego w Prime, zwłaszcza pod koniec, jest sporo. Gra nagle przypomina sobie, że musisz iść w kilka miejsc, w których już byłeś, żeby zdobyć kilka przedmiotów, które mógłbyś zdobyć, gdy tam byłeś. No ale nie zdobyłeś, bo jeszcze nie mogłeś albo nie wiedziałeś, że tam są. Na szczęście na tym etapie rozgrywki większość przeciwników można traktować jak osy z początku i po prostu ich omijać.
A co z Dread? Zostawiam je sobie jako wisienkę na torcie. Za kilka czy kilkanaście miesięcy gra nadal będzie… trudno powiedzieć jaka, bo jeszcze nie grałem. Kto wie, być może będzie dla mnie bardziej taka, jaka jest, niż gdybym zabrał się za nią bez przejścia Fusion i pozostałych części serii.
Screeny zaczęrpnąłem z Metroid Database.





Komentarze
Prześlij komentarz