Ale głupi ci faszyści
Od ostatniej pełnoprawnej gry z Indianą Jonesem minęło już 15 lat. Jako że w ubiegłym roku w kinach zadebiutował nowy film z najsłynniejszym archeologiem w dziejach, nadszedł czas na grę wideo. Choć o jej istnieniu wiedzieliśmy od kilku lat, ostateczny tytuł i detale poznaliśmy na początku tego roku. Indiana Jones and the Great Circle to przyjemne zaskoczenie na koniec 2024 roku, które bogato czerpie z dziedzictwa filmów, a jednocześnie dodaje sporo od siebie.
Jak pokazać, że zapoznałeś się z materiałem źródłowym? Szwedzi z Machine Games rozpoczęli swoją produkcję od tej samej sekwencji, od której zaczynają się Poszukiwacze Zaginionej Arki. Indy wędruje po peruwiańskiej dżungli, by odzyskać Złotego Idola z najeżonej pułapkami świątyni. Podczas gdy w filmie bohater zostaje zaskoczony przez konkurencyjnego archeologa i musi uciekać przed grupą Indian, w grze akcja przenosi się o rok w przód. Indiana powraca na uczelnię, ale przygoda i tak go odnajduje. Pewnej nocy do uczelnianego muzeum włamuje się ogromny mężczyzna, kradnie kocią mumię, nokautuje archeologa i ucieka. Pozostawia jednak medalion wskazujący na jego powiązania z Watykanem. Indy’emu nie pozostaje nic innego, jak rzucić wszystko i wyruszyć w podróż do Stolicy Apostolskiej, która ostatecznie zabierze go w kilka miejsc na całym globie.
Pierwszym przystankiem jest wspomniany Watykan. Po przekradnięciu się przez faszystów do państwa kościelnego dostajemy swobodę działania. Możemy skupić się na wątku głównym, w ramach którego poznajemy reporterkę Ginę i łączymy siły w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje własne pytania. Czeka na nas także kilka wątków pobocznych oraz oczywiście multum znajdziek: książek, z których uczymy się nowych zdolności, sejfów i skrzynek, których hasła łamiemy na podstawie pobliskich wskazówek, oraz artefaktów, starożytnych reliktów czy buteleczek z lekarstwem. Większość naszych dokonań nagradzana jest punktami przygody, których używamy do nauki zdolności ze wspomnianych książek. Tylko czemu nie wystarczy ich po prostu przeczytać i po co te całe punkty w ogóle istnieją? Chyba tylko po to, żeby było bardziej „growo”.
Rozgrywka to mieszanka eksploracji z wykorzystaniem bicza, rozwiązywania zagadek, skradania i ogłuszania przeciwników po cichu oraz (zazwyczaj) opcjonalnej walki wręcz i strzelania. Procent poszczególnych składowych zależy od lokacji: oprócz Watykanu w grze dostępne są jeszcze dwie miejscówki w typie hubu, ale mamy też kilka etapów typowo przygodowych, przypominających sekwencje z Uncharted, nowych Tomb Raiderów czy… filmów z Indianą Jonesem. Pamiętacie pościg za ciężarówką z Poszukiwaczy Zaginionej Arki albo gonitwę motorówkami po kanałach Wenecji z Ostatniej Krucjaty? No to poczujecie się jak w domu.
Lokacje w Indiana Jones and the Great Circle zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Nie żebym był kiedykolwiek w Watykanie, ale wygląda jak prawdziwy. Odwiedzamy Kaplicę Sykstyńską z misternymi malowidłami, Pałac Apostolski z sekcją muzealną z licznymi rzeźbami oraz wiele innych budynków z pieczołowicie odwzorowanymi szczegółami. Cudownie się na to patrzy. Dalsze lokacje nie robią aż takiego wrażenia, bo po prostu nie mogły pobić Watykanu, ale nadal stoją na wysokim poziomie. Doceniam też fakt, że wszyscy rozmawiają w lokalnym języku (faszyści i naziści odpowiednio po włosku i niemiecku).
Kolekcjonerów z pewnością ucieszy fakt, że w każdej chwili możemy wrócić do jednej z poprzednich miejscówek. Czyszczenie lokacji ze „znajdziek” ułatwiają przewodniki, które znajdujemy w sejfach lub wymieniamy na nie wspomniane buteleczki z lekarstwem, oraz przebrania, dzięki którym możemy wtopić się w tłum i łatwiej pozbawić faszystów i nazistów cennych przedmiotów. Fantów do znalezienia jest jednak tak dużo, że osobiście nie zaprzątałem sobie głowy szukaniem ich wszystkich – poprzestałem na zrobieniu zadań pobocznych i dość dokładnym zwiedzeniu lokacji, a i tak spędziłem z grą ponad 20 godzin. Znalezione tu i ówdzie książki pozwoliły mi nauczyć się paru nowych umiejętności, a punktów przygody zostało mi multum.
W Watykanie rzeczywiście poczułem się jak odkrywca wielowiekowych tajemnic. Pod Stolicą Apostolską znajdują się przepastne podziemia skrywające ogrom zagadek. Przy niektórych musiałem nawet na chwilę przystanąć i trochę pomyśleć (przy tej, przy której utknąłem na najdłużej, okazało się, że kombinowałem za bardzo). W pozostałych lokacjach to uczucie niestety w znacznej mierze minęło – podziemia nie były tak obszerne i nie przypominam sobie, aby jakakolwiek łamigłówka sprawiła mi problem. Jeśli jednak w ogóle nie chcecie sobie zaprzątać głowy „puzzlami”, dostępny jest tryb z uproszczonymi zagadkami, który pozwala w pełni skupić się na przygodzie.
Z rozgrywką mam jednak kilka problemów. Najlepszym sposobem na pokonywanie przeciwników jest ich unikanie, bo wystrzał z broni od razu wywołuje alarm. Skradanie się jednak jest aż za łatwe, bo faszyści i naziści mają poważne problemy ze wzrokiem i słuchem. Kiedy wróg nas dostrzeże, nad jego głową zaczyna zapełniać się kółko – tym szybciej, im bliżej się znajdujemy i bardziej hałasujemy – które informuje o tym, że coś podejrzewa. Niemal zawsze mamy jednak czas, by wrócić za przeszkodę i schować się gdzieś dalej albo poczekać na przeciwnika i zdzielić go w łeb. Jeśli w pobliżu (i to w naprawdę pobliskim pobliżu) nie ma innego wroga, nikt nie podniesie alarmu.
Walka wręcz ze zwykłymi przeciwnikami nie sprawia kłopotu, zwłaszcza jeśli mamy w rękach jakiś przedmiot – wystarczy uderzyć oponenta maksymalnie kilka razy, aby pozbawić go przytomności. Kilkakrotnie w grze pojedynkujemy się z bossami. Podczas pierwszej walki nie byłem pewien, czy robię coś źle, czy może gra się zbugowała, bo kolejne ciosy wydawały się nic nie robić. Okazało się, że trzeba zadać ich dużo. Strzelanie z kolei… po prostu jest. Używamy własnego rewolweru, znalezionej broni albo tej zabranej przeciwnikom. Mordowanie kolejnych zastępów przeciwników jakoś nie pasuje mi jednak do postaci Indy’ego, więc uciekałem się do niego bardzo rzadko.
Indiana Jones and the Great Circle w żadnym wypadku nie jest tytułem rewolucyjnym. Jest jednak miłym powiewem świeżości po średnio przyjętych tegorocznych grach AAA oraz jedną z najlepszych gier wydanych przez Microsoft w ostatnich latach (nie żeby konkurencja była duża). Jeśli macie Game Passa, grzech nie zagrać. Jeśli nie macie, to cena powala, więc musicie sobie odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo lubicie Indy’ego. Albo wykupcie sobie dostęp do usługi Microsoftu na miesiąc i przeżyjcie tę przygodę, bo warto.

Komentarze
Prześlij komentarz